sobota, 7 stycznia 2012

Kilka myśli i konfitura cytrusowa z goździkami


 Dobrze, kiedy zawód jest jednocześnie pasją. Dobrze, kiedy pasja dodatkowo sprawia, że można być potrzebnym innym.
Zawód, którego wciąż się uczę, jest jedną z najpiękniejszych niespodzianek, jakie mnie spotkały w życiu. 

Stanisława Leszczyńska, położna z Auschwitz-Birkenau, wspominała:

"W obozie koncentracyjnym wszystkie dzieci – wbrew wszelkim przewidywaniom – rodziły się żywe, śliczne i tłuściutkie. Natura, przeciwstawiając się nienawiści, walczyła o swoje prawa uparcie, nieznanymi rezerwami żywotności. Natura jest nauczycielką położnej. Razem z nią walczy o życie i razem z nią propaguje najpiękniejszą rzecz na świecie – uśmiech dziecka."
  
Nie ma nic piękniejszego :)

***

Konfiturę cytrusową zrobiłam tuż przed Świętami, wzorując się na tym przepisie Dorotus. Trochę jednak dostosowałam go do zawartości spiżarni i naszych podniebień. :) Jest pyszna! Owocowo - korzenna, słodka, z lekką nutą pomarańczowej goryczki.

KONFITURA CYTRUSOWA Z GOŹDZIKAMI

* 3 pomarańcze,
* 3-4 mandarynki,
* 1 cytryna,
* 2-3 szklanki wody,
* 1 szklanka cukru (choć na drugi raz dam jeszcze mniej),
* goździki,
* dodatkowo: przyda się kawałek gazy

Owoce wyszorować i sparzyć wrzątkiem. Z dwóch, trzech pomarańczy (lub mniej, jeśli wolicie) i cytryny zetrzeć skórkę na tarce o dużych oczkach - uważać, żeby była bez białej, gorzkiej części. Odłożyć. Owoce obrać z pozostałej białej części, którą wyrzucić, następnie zdjąć wszystkie błonki (które razem z pestkami włożyć do woreczka zrobionego z gazy*). Pokroić na mniejsze kawałki, umieścić w garnku razem ze startą skórką, goździkami i woreczkiem z całą zawartością, zalać wrzącą wodą. Zagotować, zdjąć z gazu, dodać cukier, wymieszać do rozpuszczenia. Odstawić na całą noc (temp. pokojowa).

Następnego dnia wyjąć woreczek i gotować na niewielkim ogniu, od czasu do czasu mieszając, do zgęstnienia. Przelać do wyparzonych słoików, zakręcić, pozostawić odwrócone do góry dnem do wystudzenia.

Smacznego!

* Jak przeczytałam u Dorotus, to właśnie dzięki pektynom, których jest najwięcej w błonkach i pestkach, nie trzeba używać cukru żelującego, one niejako 'przejmują' jego rolę.




piątek, 6 stycznia 2012

'Świat pachnie szarlotką...'

... czyli szarlotka na gorąco z lodami i bitą śmietaną


Tak, wiem, rozpusta ;) ale są czasem takie dni, kiedy tylko duża dawka kulinarnej przyjemności jest wskazana. Zaznaczam, że dziś jest właśnie taki dzień. Dokładnie taki.
Pogoda się zbuntowała - nie pomna na to, że nie zabrałam z domu parasola, cały dzień gęsto kropiła deszczem. A i wiatr taki... listopadowy.
Melancholijnie.
Ale tak to czasem w życiu jest.

Żeby jednak motto bloga okazało się prawdziwe, to muszę nadmienić, że nawet w taki dzień, jak dziś, małe radości się zdarzają. Święto Trzech Króli, wizyta u dobrych znajomych, rodzinne odwiedziny... I szarlotka.
Jako dziecko śpiewałam taką piosenkę: 'U Babci jest słodko, świat pachnie szarlotką...' i choć sama nie mam takich wspomnień, to szarlotka zawsze kojarzyła mi się tak domowo. Z ciepłem, rodziną, spokojnym uśmiechem.
Tak więc szarlotka.

Już od dłuższego czasu ciasto kruche do szarlotki piekę z przepisu Bajaderki - klik. Tak też było tym razem. Jabłka przygotowuję jednak na swój sposób. Szczególnie gdy występują w takim towarzystwie, dla mnie muszą być raczej mało słodkie, a w takiej formie są idealne.

Polecam, także na wszelkiego rodzaju spotkania, jako bardziej 'wyjściowy deser' :)

SZARLOTKA NA GORĄCO Z LODAMI I BITĄ ŚMIETANĄ

Ciasto:
* 4 szklanki mąki,
* łyżeczka proszku do pieczenia,
* szklanka cukru pudru (ja zazwyczaj daję drobny kryształ),
* 1 i 1/2 kostki masła lub margaryny,
* 6 dużych żółtek,
* 2 łyżki gęstej kwaśnej śmietany

Nadzienie:
* 11-12 średnich jabłek,
* 3 łyżki kisielu cytrynowego,
* łyżka soku z cytryny,
* łyżka cukru,
* 1-2 łyżeczki cynamonu,
*  3-4 łyżki bułki tartej


Dodatkowo:
* lody waniliowe lub śmietankowe,
* ubita śmietanka kremówka

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i cukrem, dodać kawałki masła, posiekać wszystko razem nożem, do momentu, aż grudki będą miały wielkość ziarnka grochu. Wtedy dodać żółtka i śmietanę, szybko zagnieść ciasto. Podzielić na dwie części, każdą włożyć do foliowego woreczka lub owinąć folią spożywczą i włożyć na co najmniej godzinę do zamrażarki.

W tym czasie przygotować nadzienie: jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach, odsączyć z nadmiaru soku (2-3 łyżki soku zostawić w kubeczku). Przełożyć do garnka, przez kilka minut smażyć na wolnym ogniu, często mieszając. Dosypać cukier i cynamon. W pozostawionym soku (jeśli było go mało, albo zapomnimy zostawić - w wodzie) rozpuścić kisielowy proszek, wlać zawiesinę do gotujących się jabłek. Pozostawić jeszcze przez chwilę na ogniu, mieszając, na koniec dodać sok z cytryny. Wymieszać. Odstawić.

Kiedy ciasto będzie już mocno schłodzone, zetrzeć pierwszą część na blachę (wym. 38x22cm), wyłożoną papierem do pieczenia. Wgnieść lekko ręką, włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok. 7-10 minut. Wyjąć, posypać bułką tartą, wyłożyć nadzienie, zetrzeć drugą część ciasta. Włożyć z powrotem do piekarnika i piec 45-60 minut, aż ciasto stanie się jasno brązowe.

Ciasto lekko przestudzić i pokroić w spore kwadraty lub trójkąty (tyle, ile ma być porcji). Można je także całkiem wystudzić, albo nawet upiec dzień wcześniej, a zaraz przed podaniem (już pokrojone) podgrzać 2-3 minuty w nagrzanym piekarniku lub ok. 1 minuty w mikrofalówce. Podawać od razu, z lodami i kleksem bitej śmietany.

Smacznego!


To był długi dzień...

Tak, dla mnie wciąż jest czwartek;) więc i na blogu jestem na czas. Tyle się nagle nazbierało pracy w domu... W każdym razie już ze wszystkim się uporałam na tyle, by móc usiąść przy komputerze i napisać obiecaną instrukcję wykonania kwiatowej bombki.
Jakość zdjęć nie będzie najlepsza, aparat odmawia dziś współpracy, podobnie jak pogoda za oknem... Na szczęście w kuchni studzi się gorąca szarlotka, lek na wszystkie smutki... Ale o tym kiedy indziej.

Do wykonania bombki będą potrzebne:
* karteczki biurowe (kwadratowe, najlepiej różnokolorowe),
* klej - to nie żadna kryptoreklama, ale nauczona doświadczeniem polecam klej introligatorski, np. 'Magic', do dostania za bezcen w chyba każdym sklepie papierniczym (biurowe keje są za słabe),
* pędzelek - najcieńszy, jaki tylko dostaniecie,
* cienka wstążeczka/tasiemka/sznureczek,
* fakultatywnie: brokat, koraliki, złota czy srebrna farba w sprayu, drobne guziki itp.

A teraz instrukcja -jeśli aparat znów zacznie współpracować, wstawię zdjęcia lepszej jakości, a póki co 'cieszmy się z małych rzeczy', jak śpiewają w radio:

WYKONANIE KWIATKA

 Mamy pierwszy płatek. Do wykonania jednego kwiatka,  potrzebujemy 5 lub 6 płatków - w zależności od tego, jaką bombkę chcemy mieć - bardziej czy mniej 'gęstą'.

5 płatków.


Takich kwiatków do wykonania bombki potrzebujemy 12-tu. Następnie kleimy je razem w kulę, w miarę równo, pod koniec, gdy zostanie nam do doklejenia jeden lub dwa kwiatki, mocujemy tasiemkę. Potem możemy efekt naszej pracy dowolnie przyozdobić.
Oczywiście same kwiatki mają dużo więcej zastosowań, kolejne pokażę w najbliższym czasie.

Tutaj bombka wykonana z kwiatów o 6 płatkach:


A tu - o 5 płatkach:





Dobranoc!

Update: Udało mi się nakłonić aparat do współpracy, przynajmniej do tego stopnia, żeby było coś widać na zdjęciach;)

wtorek, 3 stycznia 2012

Piernikowe grzybki, czyli poświąteczne wspomnienia


Ponieważ nie mam zbyt wiele czasu, a jeszcze jutro czeka mnie 12-godzinny dyżur w szpitalu, więc dziś tylko garść wspomnień:)
Piernikowe grzybki zobaczyłam pierwszy raz na pięknym blogu Komarki i tak bardzo mi się spodobały te cudeńka, że postanowiłam zrobić na Święta choć kilka sztuk. Ponieważ ciasto na katarzynki, wykorzystane w tym przepisie jest bardzo przyjemne w obróbce, z części, która mi pozostała, zrobiłam pierniczki do powieszenia na choince :)

Cytuję za Autorką z moimi adnotacjami, oryginalny przepis tutaj:

Pierniczki "katarzynki":

400 g mąki,
200 g miodu naturalnego (dałam pół na pół ze sztucznym),
100 g cukru pudru,
1 jajko,
2 łyżeczki przyprawy korzennej (dodałam domową przyprawę),
2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1 łyżka melasy (nie dodawałam)

Miód, cukier, melasę i przyprawę korzenną podgrzewać do rozpuszczenia i połączenia wszystkich składników, po czym ostudzić. Mąkę wymieszać z sodą. Dodać masę miodowo-korzenną i jajko. Zagnieść jednolite, lśniące ciasto.

Można oczywiście z tego ciasta zrobić zwykłe pierniczki, rozwałkowując je na grubość ok. 0,5 cm i wykrawając ciastka.
Aby wykonać grzybki trzeba z surowego ciasta ulepić kulki o średnicy ok. 4 cm. Kulki spłaszczyć z jednej strony, dociskając do blatu. Rączką drewnianego wałka lub łyżki zrobić lekkie wgłębienie w podstawie kapelusza. Z pozostałej porcji ciasta uformować tyle samo nóżek co kapeluszy. Wszystkie elementy ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. Pierniki wyjąć na kratkę i ostudzić.

Następnie trzeba wykonać lukier (zarówno Autorka, jak i ja korzystałyśmy z lukru na bazie surowego białka - ja zazwyczaj w takim wypadku, gdy używam surowych jajek, sparzam je wcześniej wrzącą wodą):

Lukier:
1 białko,
cukier puder

dodatkowo będziemy jeszcze potrzebować niewielkiej ilości suchego maku, który będzie imitował pozostałości leśnej ściółki

Przygotować lukier - białko utrzeć z cukrem pudrem, dodając cukier do czasu, aż masa będzie gęsta i jednolita. Piernikowe nóżki oraz podstawy kapeluszy posmarować lukrem, docisnąć i delikatnie ułożyć na kratce. Końcówki nóżek posypać makiem. Zostawić do zastygnięcia. (Ja najpierw sklejałam razem nóżki i kapelusze, a gdy wstępnie zastygnęły, wtedy dopiero smarowałam nóżki.)

Smacznego!







PS. Obiecana instrukcja wykonania bombki kwiatowej (pierwszej z papierowej serii), pojawi się w czwartek. Niestety wcześniej nie dam rady:)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

O radości tworzenia

Poza okresem dzieciństwa, nigdy nie posądzałam siebie o jakiekolwiek zdolności manualne, zawsze sądziłam, że do tego typu aktywności jakoś mi niespecjalnie po drodze. A może pokutowało w mojej głowie pielęgnowane przez lata stwierdzenie, że brak mi po prostu cierpliwości. Tak czy siak, przez długi czas poza gotowaniem - do którego też potrzebne były ręce - nie łapałam się żadnych wycinanek, malowanek, o szyciu nie wspominając.
Aż do pewnego pięknego dnia, kiedy to przeglądając jedną ze stron w internecie zobaczyłam przepiękny szal, zrobiony na szydełku. Wtedy postanowiłam, że się nauczę;) no i faktycznie, szperając wśród różnych blogów, filmików instruktażowych i innych pomocy naukowych, zaczęłam łapać podstawy. I zapoczątkowałam szalik. Tak się zaczęło. Co prawda szalik leży w szafie zrobiony do połowy, ale ja mocno wierzę, że kiedyś go skończę;) w każdym razie okazało się, że chociaż z talentem różnie bywa, to w cierpliwość nie jestem aż tak uboga. I że takie tworzenie (nawet maleńkich rzeczy) sprawia mi bardzo dużo radości.

A dziś to, czym zajmowałam się przez cały okres świąteczny, tzn. bombki choinkowe z papieru. Radości miałam co nie miara, a i pewne nie aż tak wielkie dziecię (zwane młodzieżą ;)), a plątające się po domu w roli mojej siostry, zaangażowało się w całe przedsięwzięcie. Więc pokazuję i objaśniam ;) choć technika wykonania w kolejnym poście.

Te kwiatowe bombeczki nie wymagają może wielkich umiejętności, ale trochę czasu na pewno. W każdym razie dla dzieciaków troszkę starszych niż 4-5 lat, może być to niezła zabawa, a i rodzice (czy starsze siostry;)) też na pewno się będą mogli zaangażować.

Uwaga, to wciąga! :)



Witajcie :)
Pomysł na założenie bloga powstał nagle, bez zbytnich przygotowań, czasu na przemyślenia czy rozważania 'za' i 'przeciw'. Powstał i szybko został wprowadzony w życie, a ja mam nadzieję, że uniosę i tę kolejną sprawę, za którą się zabrałam. Wybaczcie, jeśli całe to moje pisanie będzie trochę rozwichrzone, poplątane czy niechronologiczne. Powoli stawiam pierwsze kroki w wirtualnej rzeczywistości, a nie będąc umysłem zbyt 'technicznym' nie wszystko (niestety) pewnie będzie szło gładko. Ale obiecuję, że będę się starać i zachować przynajmniej jako taki porządek ;)
O czym będzie ten blog? O mnie, o życiu, o tym, czym się zajmuję, o marzeniach, o szpitalno-porodówkowej rzeczywistości, trochę o gotowaniu, może i o 'robótkach', co to zapałałam do nich jakiś czas temu wielką (acz zasadniczo nie wiem czy odwzajemnioną ;)) miłością...
Czas pokaże, co wyjdzie spod pióra (hmm... klawiatury).
A póki co i sobie i Wam życzę wytrwałości w noworocznych postanowieniach. Nie tylko tych blogowych.