Kochani!
Wiem, nie było mnie tutaj od tak dawna, że pewnie wielu z Was nie pamięta nawet, że ten blog jeszcze istnieje. Ja sama szczerze mówiąc prawie zapomniałam... Czekają na opublikowanie teksty, które pisałam jeszcze wiosną - nawet nie wiem, czy mają jeszcze szansę zyskać na aktualności.
Przez ostatnie kilka miesięcy wiele się działo. I blogowanie odeszło w niepamięć, jako sprawa
nie-pierwszej-potrzeby (w przeciwieństwie do wielu, które takimi właśnie były).
Ten rok... Nie chcę, nie będę go podsumowywać. Ten czas, kiedy nie było mnie tutaj, spędziłam w wielu innych miejscach, z ludźmi bardzo mi bliskimi, tam, gdzie naprawdę byłam potrzebna. Odkryłam także jedną z być może podstawowych prawd: cierpienie paradoksalnie jest człowiekowi potrzebne. Więcej: może być darem - choć wiem, że dla wielu z Was może to brzmieć jak absurd. Jak cierpienie, które z natury rzeczy jest trudne do zaakceptowania, tak często niezawinione - może przynosić cokolwiek dobrego?
A jednak. Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej, jak łaską z Góry. Ale czuję to w każdej komórce mojego ciała.
Te kilka bardzo osobistych zdań na początek musi wystarczyć.
A co poza tym?
Czy przez wszystkie te miesiące gotowałam? Tak, bardzo dużo.
Czy zajmowałam się pracą zawodową? Intensywniej niż kiedykolwiek.
Także w życiu osobistym są to dla mnie szczególne chwile - do tego wrócę już niedługo.
Więc mimo wszystko - to był bardzo bogaty czas.
I mam za co dziękować.
Nie obiecuję, że wrócę na stałe, że regularnie będę Was zapraszać do mojego małego skrawka świata. Postaram się jednak metodą 'małych kroczków' bywać tu jak najczęściej się da. Tylko z nowymi przepisami będzie problem - bo brak odpowiedniego sprzętu. Ale mam nadzieję, że i to ulegnie zmianie.
Do zobaczenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz