środa, 30 stycznia 2013

Szpinak i jego czarny PR.

 Z tego co pamiętam, kiedy byłam dzieckiem, szpinak był dla mnie synonimem każdej chyba niesmacznej potrawy. Na samą myśl krzywiłam się niemiłosiernie. I to wcale nie dlatego, że ktoś mnie kiedyś nim poczęstował i smak tego zielonego tworu po prostu zupełnie nie przypadł mi do gustu. Bynajmniej. Nie chodziło także o jego 'brejowatą' konsystencję. Ja, jako dziecko, nigdy szpinaku nie jadłam. Chyba go nawet nie widziałam, a jeśli już - bez świadomości, że to właśnie on. 

 Więc skąd takie uprzedzenia? - zapytacie - Przecież dzieci nie są z natury swojej aż tak podejrzliwe. 

Być może. Ale... Czarny PR, jaki wciąż nieszczęsnemu szpinakowi robili koledzy i koleżanki z przedszkola i podwórka, ciocie, wujkowie, czy także - o zgrozo! - książeczki dla najmłodszych* sprawił, że dla mnie szpinak był czymś niejadalnym z natury. Po prostu. A nawet, jeśli jadalnym, to na pewno nie dla małych kilkuletnich dziewczynek, co to - to na pewno nie!
Jak mój Tata reagował wtedy na tę jarzynę - nie pamiętam zupełnie. Za to Mama serdecznie jej nie znosiła ( z resztą - właściwie z tą antypatią walczy do dziś, choć ich wzajemne relacje wyglądają już znacznie lepiej).
Jako nastolatka o szpinaku nie myślałam zupełnie. A skoro nie myślałam - to o jedzeniu nie było zupełnie mowy. Dopiero stosunkowo niedawno - rok, może dwa temu, wiedziona impulsem (i być może setką przeczytanych na kulinarnych blogach przepisów z jego udziałem) kupiłam małe opakowanie. Liście były świeże, całe - niemrożone i nierozdrobnione. I taki szpinak polubiłam niesamowicie.
Aktualnie to jedno z moich ulubionych, jadanych dość często** warzyw. Oprócz selera, o którym już pisałam (tu i tu) i kilku innych.
Więc dziś przepis na jedną z najprostszych potraw z jego udziałem - czy jest w ogóle ktoś, kto jej jeszcze nie próbował? :-) Banalnie proste w przygotowaniu i baaaaaaaardzo smaczne. Jeśli wciąż wierzycie w szpinakowy czarny PR - spróbujcie, mam nadzieję, że smak sam się obroni. :-)

* Muszę na ich obronę obiektywnie stwierdzić, że czarny PR nie stworzył się sam - pomógł mu zapewne rozkoszny sposób podawania szpinaku w postaci rozgotowanej, niedoprawionej, zielonkawej, paćkowatej brei, która się śniła po nocach mojej Mamie (patrz: stołówki szkolne i przedszkolne czy szpitalne kuchnie).

** Szpinak jest bardzo specyficzną ingrediencją - z jednej strony zawiera naprawdę sporo wit. C i A, kw. foliowego, z drugiej zaś - niemało szczawianów (które na szczęście w dużej mierze rozkładają się podczas obróbki cieplnej). W związku z tym dietetycy i lekarze mówią o tym, że jest grupa takich schorzeń, przy których niewskazane jest spożywanie szpinaku. W reszcie przypadków kluczem jest chyba zbilansowana dieta - co też staram się robić - jem szpinak, ale nie przesadzam z częstością. Ważną informacją jest też to, że w liściach szpinaku łatwo gromadzą się wszelkie możliwe pestycydy, warto więc spożywać taki z pewnego źródła (bez sztucznego, pestycydowego wspomagania). Więcej na ten temat: klik.


TAGLIATELLE Z SOSEM SZPINAKOWO - SEROWYM
4-6 porcji
(przepis własny)

* 450 g mrożonego szpinaku
* 200 g serka kremowego (kanapkowego) - wersja delikatniejsza lub opakowanie serka typu Feta - wersja bardziej wyrazista
* 250 g makaronu tagliatelle
* 2 ząbki czosnku
* 3 łyżki masła
* 2-3 łyżki mleka
* sól, pieprz

* ew. jogurt naturalny, ulubiony tarty ser itp.

Rozgnieciony czosnek podsmażyć kilka chwil na łyżce masła (uważać, żeby nie zbrązowiał, bo będzie gorzki!). Następnie dodać szpinak (może być rozmrożony, albo zamrożony, tylko wtedy należy podzielić go na mniejsze kawałeczki) i smażyć kilka minut na średnim ogniu często mieszając. Serek połączyć ze szpinakiem, dalej podgrzewać, nie zapominając o mieszaniu. Dodać mleko, dwie pozostałe łyżki masła, doprawić pieprzem i solą (jeśli dodajemy ser Feta - uważajmy na ilość tej ostatniej!).
Makaron ugotować w lekko osolonej wodzie al dente. Następnie przełożyć do sosu, wymieszać i kilka chwil razem podgrzewać. Jeśli sos wyda nam się zbyt gęsty - dodać wody z gotowania makaronu. Podawać z ulubionym serem startym na wierzch albo tak jak ja - z kapką naturalnego jogurtu.

czwartek, 24 stycznia 2013

Polędwiczki marynowane w soku z pomarańczy i miodzie z dodatkiem papryczki chili. Selerowy a'la Colesław.


Niedzielny obiad musi być wyjątkowy. A przynajmniej choć trochę inny od każdego innego. W niedzielę można sobie pozwolić na bardziej wykwintne danie, jest czas, który można poświęcić na dopracowanie szczegółów. A także - czasem - na odrobinę ekstrawagancji.

Danie, które dziś pokazuję, gościło na naszym stole właśnie w ostatnie niedzielne popołudnie. Muszę przyznać, że polędwiczki przygotowane w taki sposób jadłam po raz pierwszy, ale bardzo mi smakowały. Wbrew pozorom wcale nie są zbyt pikantne (chili podczas duszenia traci swoją ostrość, pozostawiając jedyny w swoim rodzaju aromat), z nutką delikatnej słodyczy pochodzącej z miodu i subtelnym aromatem pomarańczy. Miód podczas obróbki cieplnej karmelizuje się wokół mięsa, nadając mu piękny, złotobrązowy kolor.
Jedyną rzeczą, którą zmienię kolejnym razem (a kolejny raz na pewno będzie!), jest podwojenie ilości składników marynaty (może poza papryczką chili - jedna w zupełności wystarczy ;-)), z tego względu, że sosu było bardzo mało - zbyt mało, jak dla nas, w związku z czym mięsko nie było tak wilgotne, jak bym chciała.

Polecam - może się skusicie na mniej tradycyjne podanie tego smakowitego mięsa?

Razem z polędwiczkami podałam surówkę a'la Colesław z selera. To warzywo - chyba często niedoceniane w kuchni, jest w ostatnim czasie jednym z moich ulubionych. Była już surówka z kalarepki, selera i orzechów włoskich, a dziś polecam Wam tę - nazwa stąd, że faktycznie bardzo przypomina mi tę znaną surówkę.
Jeśli lubicie selera - polecam. Jeśli nie - może warto spróbować go w takiej odsłonie? ;-) Warzywo to samo w sobie jest bardzo zdrowe, a w połączeniu z kilkoma innymi składnikami jest zdecydowanie pełnowartościową zimową porcją witamin.

POLĘDWICZKI MARYNOWANE W SOKU Z POMARAŃCZY I MIODZIE Z DODATKIEM PAPRYCZKI CHILI
(inspirowane tym przepisem)

* 3 średniej wielkości kawałki polędwicy wieprzowej, pokrojone na kilkanaście 1-2 centymetrowych plastrów 

Marynata:
* świeżo wyciśnięty sok z jednej pomarańczy (nie polecam zastępowania go sklepowymi sokami)
* 1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego
* 2 czubate łyżki miodu
* 1 drobniutko posiekana papryczka chili

* sól do natarcia mięsa
* olej do smażenia
* woda

Polędwicę pokroić na plastry, natrzeć solą, przykryć, odstawić do lodówki na przynajmniej 1 godzinę.
 W misce wymieszać składniki marynaty, wymieszać ją porządnie z mięsem i znowu odstawić do lodówki, przynajmniej na kilka godzin (1-2 razy można przemieszać w tym czasie polędwiczki, aby równomiernie się marynowały).

Na patelni rozgrzać niewielką ilość tłuszczu (dość mocno), kłaść plastry, smażyć z każdej strony przez kilka chwil dla zamknięcia porów mięsa. Następnie zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem do miękkości, co jakiś czas podlewając wodą (nie podaję konkretnego czasu przygotowania, bo to różnie bywa, generalnie polędwiczki dość szybko stają się miękkie i kruche).


SELEROWY A'LA COLESŁAW:
(przepis własny)

* jeden spory seler
* jednak mała marchewka
* kilka liści kapusty pekińskiej
* kawałek białej części pora
* 2 łyżki soku z cytryny (lub do smaku)
* 3 czubate łyżki jogurtu greckiego
* 2 płaskie łyżki majonezu
* sól, pieprz, cukier

Seler i marchewkę obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Kapustę pekińską pokroić w cieniutkie drobne paseczki. Pora pokroić w półplasterki i sparzyć wrzącą wodą. Połączyć ze sobą warzywa, dodać resztę składników, doprawić do smaku solą, pieprzem i cukrem. Przykryć, odstawić w chłodne miejsce na co najmniej godzinę.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Torcik makowy na białkach i zapowiedź nowego blogowego cyklu.

 Ze względu na to, że dość często zdarza mi się robić ciasto kruche, którego chętnie używam potem do wypieku ciasteczek, tart czy szarlotki, zawsze mam w zamrażalniku wielki zapas białek. Z tego powodu każdy przepis, który opiera się tylko na nich, jest u mnie na wagę złota. :-) Klasyczne beziki są u nas w domu średnio lubiane (ach, ta słodycz!), dlatego też piekę je bardzo rzadko. Z Pavlovą jest zgoła inaczej - słodka beza w połączeniu z bitą śmietaną bez dodatku cukru i malinami jest bezkonkurencyjna. Ale... Nie będziemy przecież co tydzień jeść Pavlovej.

Stąd pomysł na dzisiejsze ciasto. Klasycznego pieguska piekłam już z wielu przepisów, tym razem jednak postanowiłam wykorzystać ten z kotlet.tv. Chciałam jednak troszkę go uatrakcyjnić, dlatego podałam go w formie torcika, przełożonego budyniem i oblanego pysznym cytrynowym lukrem. Przepis niezwykle prosty, a efekt - zadziwiająco smaczny. Dzięki warstwie budyniowej ciasto jest bardziej wilgotne i delikatne, ładnie się także prezentuje na stole. Same makowe blaty są puszyste (nie są ani trochę ciągnące czy klejące, jak to nieraz bywa w 'białkowych' plackach). Dlatego bardzo polecam, szczególnie, jeśli tak jak ja, nie będziecie mieć czasu czy ochoty na długie stanie w kuchni - proste jest pyszne! :-)


TORCIK MAKOWY NA BIAŁKACH
z warstwą budyniową i cytrynowym lukrem:

Ciasto:
* 1 szklanka białek (ok. 7 szt)
* 1 szklanka drobnego cukru do wypieków
* 125 g roztopionego masła lub margaryny (dałam ok.150g)
* 1 szklanka mąki pszennej
* 1 łyżeczka proszku do pieczenia
* 1 szklanka maku
* 1 łyżeczka aromatu
* 1 łyżeczka cukru waniliowego (nie dawałam)
Warstwa budyniowa 
(wersja ekspresowa; oczywiście można wykonać budyń własnoręcznie od podstaw, na pewno ciasto będzie jeszcze lepsze - myślę, że idealnie sprawdziłaby się masa z tego przepisu - oczywiście w ilości1/3):
* torebka budyniu waniliowego
* 2 łyżki cukru
* 1 szklanka pełnotłustego mleka

Lukier cytrynowy:
* 2 łyżki soku z cytryny
* cukier puder

* ew. mak, płatki migdałowe itp. - do dekoracji

Białka ubić na sztywno, następnie partiami dodawać cukier, dalej ubijając. Dodać resztę składników (niezbyt szybko), mieszając cały czas mikserem (na niskich obrotach). Przelać ciasto do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia (u mnie tortownica o średnicy 21cm). Piec w piekarniku nagrzanym do 200 stopni do suchego patyczka. Czas pieczenia jest nieco problematyczny - Autorka w przepisie podała, aby trzymać ciasto w piekarniku 30min. z adnotacją, że może wymagać dłuższego pieczenia. Moje piekło się prawie 60 minut, dlatego też po prostu proponuję na bieżąco sprawdzać od tych podstawowych 30 minut, jak będzie się zachowywało u Was. ;-)

Następnie wyjąć ciasto z piekarnika, zdjąć obręcz tortownicy i pozostawić do wystudzenia. Gdy będzie zimne, przeciąć je na pół.

Ugotować budyń (tak, ma być taki gęsty ;-)).

Gorącym budyniem posmarować spodni blat ciasta, przykryć drugim, lekko dociskając. 
Przygotować niezbyt gęsty lukier, dosypując do soku z cytryny tyle cukru pudru, aby miał odpowiednią konsystencją (oczywiście cały czas ucierając - im dłużej lukier ucierany, tym się staje delikatniejszy).

Przygotowanym lukrem posmarować wierzch torcika. Przyozdobić wg uznania, odstawić do zastygnięcia lukru. Można na jakiś czas umieścić ciasto w lodówce (choć nie jest to bezwzględnie konieczne - budyń stężeje do odpowiedniej konsystencji nawet w temperaturze pokojowej).

________________________________________________________________________________


Dziś także zapowiedź nowego cyklu na blogu - cyklu dotyczącego tematyki ślubno-weselnej. Jako świeżo upieczona narzeczona niezliczoną ilość razy przeglądałam już internet w poszukiwaniu naprawdę cennych i potrzebnych informacji, gubiąc się jednocześnie wśród setek tych całkiem nieprzydatnych i denerwujących. Chciałabym, aby pisanie tekstów na potrzeby bloga, pomogło mi choć trochę usystematyzować te wiadomości, co w efekcie ułatwi podjęcie decyzji w co niektórych sprawach organizacyjnych nie tylko mnie i mojemu narzeczonemu, ale być może także innym parom.
Pierwsza seria wpisów będzie dotyczyła wyboru sali weselnej (jest to zazwyczaj pierwsza rzecz, jaką należy wykonać, ze względu na horrendalnie długie terminy oczekiwania - u nas czeka się co najmniej kilka miesięcy, a zazwyczaj w okolicach roku). W dwóch mini-artykułach postaram się zebrać nasze doświadczenia i odpowiedzieć na pytania:

Czym kierować się przy wyborze sali weselnej? - czyli jakie pytania muszą sobie zadać narzeczeni przed rozpoczęciem poszukiwań.
oraz
O co pytać? - czyli garść praktycznych porad na temat spotkań z właścicielami/menadżerami lokali, połączona z listą przydatnych pytań.

Zapraszam!

piątek, 18 stycznia 2013

Najlepsze śniadanie.

 Dziś na śniadanie przepyszne, bardzo proste w wykonaniu bułeczki. Z lekko chrupiącą skórką, dziurkowanym miąższem, prażonym siemieniem lnianym i makiem. Proponuję nie rezygnować z dodatku mielonej papryki - nie jest mocno wyczuwalna, a idealnie się komponuje ze smakiem bułek.
Dodatek pełnoziarnistej mąki sprawia, że mogą one stanowić zdrową, sycącą podstawę śniadania. Dobre także następnego dnia. 
Polecam!

CODZIENNE BUŁKI Z PRAŻONYM SIEMIENIEM 
( na podstawie przepisu z tej strony, podobno autorem podstawowego przepisu jest Jamie Oliver)

* 2 1/4 szklanki białej mąki pszennej, najlepiej chlebowej (+ ew. 1-2 łyżki i odrobina do podsypywania)
* 3/4 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
* 4 czubate łyżki siemienia lnianego, uprażonego na suchej patelni
* 25g świeżych drożdży
* 1 płaska łyżeczka słodkiej papryki w proszku
* 3/4 łyżki soli
* 1 łyżeczka cukru
* 2 łyżki oliwy z oliwek (lub neutralnego w smaku oleju)
* 375 ml letniej wody

* mak
~ szklanka - 250ml
~ prażenie siemienia lnianego - ziarenka wsypać na patelnię, podgrzewać pod pokrywką, aż będzie słychać charakterystyczny dźwięk pękających ziaren; wtedy zmniejszyć płomień, prażyć do momentu aż 'pękanie' ustanie - palnik można wyłączyć nawet chwilkę wcześniej, pod pokrywką i tak utrzyma się odpowiedni temperatura; następnie uprażone siemię przestudzić, do ciasta dodawać letnie (nigdy gorące!)

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać pół szklanki wody i kilka łyżek mąki, wymieszać - konsystencja ma przypominać gęstą, kwaśną śmietanę. Tak przygotowany rozczyn przykryć i odstawić do wyrośnięcia.

Resztę mąki (oba rodzaje) wymieszać w misce z solą, papryką i uprażonym siemieniem, następnie dodać wyrośnięty rozczyn, i resztę wody. Wyrabiać kilka minut, następnie wlać oliwę i kontynuować wyrabianie do momentu, aż ciasto zacznie odchodzić od ręki (choć i tak pozostanie lekko klejące!). Jeśli będzie się bardzo kleiło dodać dodatkowe 1-2 łyżki mąki (dużo zależy od wilgotności mąki). Następnie odstawić ciasto do podwojenia objętości, przykryte lnianą ściereczką (u mnie trwa to zazwyczaj ok. 30 - 40 minut).
Następnie wyłożyć ciasto na stolnicę lekko wysypaną mąką, złożyć do środka, uformować wałek. Podzielić ostrym nożem na 12 części. Tak przygotowane bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy (bułeczki jeszcze sporo urosną). Posmarować je wodą, posypać makiem i pozostawić przykryte ściereczką do wyrośnięcia na 15-20 minut. Następnie piec w piekarniku nagrzanym do 220 stopni ok. 20 - 25 minut. Wystudzić na kratce.




czwartek, 17 stycznia 2013

Seler, kalarepa, orzechy włoskie. Surówka.

Dziś szybka, pyszna surówka obiadowa. Delikatna, z wyczuwalnymi kawałkami chrupiących orzechów.
O dużej zawartości witamin - dlatego też polecam nie rezygnować z majonezu, albo dodać w zastępstwie kilka kropel oliwy z oliwek (szczególnie, jeśli chcecie użyć chudego jogurtu). Wtedy wszystkie witaminy zawarte w warzywach będą mogły zostać wykorzystane przez nasz organizm (wit. A, D, E, K są rozpuszczalne w tłuszczach). Warto też zwrócić uwagę na to, by stosunkowo szybko wmieszać do sałatki dressing - im szybciej 'odetniemy' warzywom dostęp powietrza, pokrywając je sosem, tym mniej witamin utracimy (źródło: klik).

Polecam! 


SURÓWKA Z KALAREPKĄ, ŚWIEŻYM SELEREM I WŁOSKIMI ORZECHAMI

(przepis własny, inspiracja: internet)

* duża kalarepka
* pół średniej wielkości selera
* jedna średnia marchewka
* sok z połowy cytryny (lub do smaku)
* 3-4 orzechy włoskie (+ ew. połówki do dekoracji)
* 1 łyżka majonezu
* 2 czubate łyżki jogurtu greckiego
* sól, pieprz, cukier (do smaku)

Kalarepę, seler i marchewkę obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach, skropić sokiem cytryny. Orzechy włoskie pokruszyć (można nawet na nieco większe kawałki - sałatka jest wtedy bardziej chrupiąca), posypać warzywa. W miseczce wymieszać jogurt i majonez, zalać surówkę, wymieszać, doprawić do smaku solą, pieprzem i cukrem.
Odstawić w chłodne miejsce, aby smaki się 'przegryzły'. Można też podawać od razu.

Przepis dodaję do akcji:
 

sobota, 12 stycznia 2013

Mufiny czekoladowe z malinami i ślubnym akcentem.

Za oknem śnieg. Dużo, dużo śniegu, do którego sentyment mam od lat. I jak co roku, patrząc na zaspy - marzę o górach, małym drewnianym domku, ogniu na kominku i kubku parzącej wargi herbaty.
Ale dziś także o jeszcze jednym...

Kiedy jesteśmy dziećmi świat jest nadspodziewanie prosty. Mimo trudności, bólu, dziecko (w tym szczęśliwym przypadku, kiedy ma taką możliwość) ma zawsze punkt oparcia, wydaje się - niezmienny - który jest odnośnikiem do każdej innej sprawy. Jako dziecko wiedziałam, że przecież choroby, śmierć i im podobne istnieją, a mimo to jednocześnie miałam poczucie, że żadne z tych smutnych zjawisk nie będzie dotyczyło tej wąskiej granicy bezpieczeństwa, jaką były najbliższe mi osoby. A przynajmniej nie w stopniu, który mógłby być w jakikolwiek sposób groźny, niebezpieczny, nieodwracalny. Jako człowiek dorosły odkrywam odpowiedzialność tworzenia tej granicy bezpieczeństwa dla innych...

Jest jeszcze jedna cecha dziecięca, która jest mi szczególnie bliska i której - mam nadzieję - nigdy nie zatracę. Radość. Potrafić cieszyć się jak dziecko, to jeden z największych darów. :)

Dla mnie ten czas jest bardzo ambiwalentny. Z jednej strony niełatwy, melancholijny, ale z drugiej - wypełniony po brzegi szczęściem. Bo - kochani - wychodzę za mąż. Tak, tak...  :)
Od kilku chwil z dumą noszę na serdecznym palcu prawej ręki zaręczynowy pierścionek.

Dlatego też i dzisiejszy przepis jest ze ślubnym akcentem w postaci czapeczki ze śmietanki kremówki . Jest to moja wariacja na temat babeczek szwarcwaldzkich, znalezionych tutaj. Autorem oryginalnego przepisu jest Basia Ritz, polski MasterChef. Do zdjęć ostała się tylko jedna jedyna muffinka, co chyba jest najlepszą rekomendacją. ;) Naprawdę bardzo, bardzo, bardzo polecam!

 MUFFINY CZEKOLADOWE Z MALINAMI I ŚMIETANKOWĄ CZAPECZKĄ

Składniki na 12 sztuk:

*200g mąki
*40g niesłodkiego kakao
*pół łyżeczki sody
*pół łyżeczki proszku do pieczenia
*140g cukru (dałam troszkę mniej ze względu na rodzaj dodanej czekolady - pół na pół biały drobny do wypieków i brązowy)

*250ml wody
*80ml oleju (neutralnego w smaku)
*1 jajko
*łyżka octu winnego (dałam domowy ocet jabłkowy)

*50 g posiekanej gorzkiej czekolady (dałam mleczną)
* ok. 30 sztuk malin (mogą być mrożone)

dodatkowo:
*250 ml śmietanki kremówki
*cukier z wanilią (dałam domowy cukier waniliowy) - wg. uznania
* ew. żelatyna namoczona w zimnej i rozpuszczona w odrobinie gorącej wody (ilość wg zaleceń na opakowaniu)
*płatki migdałowe / tarta czekolada / świeże listki melisy itp. do dekoracji

Składniki suche wymieszać w jednej misce, mokre - w drugiej. Wlać mokre do suchych, niezbyt dokładnie wymieszać łyżką, dodać posiekaną czekoladę. Przełożyć masę do foremek wyłożonych papilotkami (do 3/4 wysokości), na wierzch położyć po 2-3 maliny (ja dałam zamrożone, nawet się troszkę obawiałam, czy się nie zrobi w związku z tym zakalec - ale wszystko było w najlepszym porządku ;-)). Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni ok 20-25 minut (moje wyjęłam po 30 minutach).
Wystudzić.
Następnie ubić śmietankę, pod koniec ubijania dodać cukier i  powoli wlać rozpuszczoną żelatynę - jeśli dodajemy (ja dodawałam ze względu na to, że chciałam, by babeczki w miarę nienaruszonym wizualnie stanie 'przeżyły' transport; jeśli chcemy konsumować od razu, nie jest to konieczne).
Muffiny ubrać w czapeczki z bitej śmietany (szprycą, rękawem cukierniczym, albo... łyżką ;-)). Udekorować wg uznania.
Jeść ze smakiem.


wtorek, 1 stycznia 2013

Dawno mnie tutaj nie było...

Kochani!

Wiem, nie było mnie tutaj od tak dawna, że pewnie wielu z Was nie pamięta nawet, że ten blog jeszcze istnieje. Ja sama szczerze mówiąc prawie zapomniałam... Czekają na opublikowanie teksty, które pisałam jeszcze wiosną - nawet nie wiem, czy mają jeszcze szansę zyskać na aktualności.

Przez ostatnie kilka miesięcy wiele się działo. I blogowanie odeszło w niepamięć, jako sprawa
nie-pierwszej-potrzeby (w przeciwieństwie do wielu, które takimi właśnie były).

Ten rok... Nie chcę, nie będę go podsumowywać. Ten czas, kiedy nie było mnie tutaj, spędziłam w wielu innych miejscach, z ludźmi bardzo mi bliskimi, tam, gdzie naprawdę byłam potrzebna. Odkryłam także jedną z być może podstawowych prawd: cierpienie paradoksalnie jest człowiekowi potrzebne. Więcej: może być darem - choć wiem, że dla wielu z Was może to brzmieć jak absurd. Jak cierpienie, które z natury rzeczy jest trudne do zaakceptowania, tak często niezawinione - może przynosić cokolwiek dobrego?
A jednak. Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej, jak łaską z Góry. Ale czuję to w każdej komórce mojego ciała.

Te kilka bardzo osobistych zdań na początek musi wystarczyć.

A co poza tym?
Czy przez wszystkie te miesiące gotowałam? Tak, bardzo dużo.
Czy zajmowałam się pracą zawodową? Intensywniej niż kiedykolwiek.
Także w życiu osobistym są to dla mnie szczególne chwile - do tego wrócę już niedługo.
Więc mimo wszystko - to był bardzo bogaty czas.
I mam za co dziękować.

Nie obiecuję, że wrócę na stałe, że regularnie będę Was zapraszać do mojego małego skrawka świata. Postaram się jednak metodą 'małych kroczków' bywać tu jak najczęściej się da. Tylko z nowymi przepisami będzie problem - bo brak odpowiedniego sprzętu. Ale mam nadzieję, że i to ulegnie zmianie.

Do zobaczenia!